Dąb (opowiadanie)

marcinhaba

Spojrzał w górę. Jasnobłękitne sklepienie czyste było od chmur. Nawet najmniejszy obłok nie szpecił nieba. Wiosenne słońce leniwie wisiało na wschodzie, rozpoczynało swą codzienną wędrówkę. Fabryczne kominy sterczały na linii horyzontu wypuszczając ukośne słupy białego dymu. Zapowiadał się pogodny dzień.

Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się przy dużym starym dębie. Wyciągnął z plecaka pozwijany koc i rozłożył go tuż obok potężnego pnia. Uklęknął i otwartą dłonią wygładził wszystkie fałdy i zmarszczenia powstałe na powierzchni koca. Usiadł na środku podpierając się z tyłu rękoma. Buty mokre od rosy błyszczały drobnymi kroplami. Zdjął buty i położył się w poprzek koca. Błękitne plamki nieba przedzierały się przez gęstą koronę drzewa tworząc siatkę słonecznych punkcików w rozłożystej strefie cienia. Przesunął lekko głowę, bo jedna z takich plamek zatrzymała się na jego twarzy rażąc jasnymi promykami słońca. Wsunął dłonie pod głowę i przypatrywał się skomplikowanej plątaninie dębowych gałęzi. Przypomniał sobie legendę jaką miejscowi opowiadali o tym starym drzewie. Podobno dawno temu żył w okolicy zły hrabia Aleksander. Był właścicielem okolicznych wsi. Chłopi nienawidzili hrabiego. Musieli płacić mu wysokie daniny, przez co sami nie mieli się z czego utrzymywać. Żyli w wielkiej biedzie oddając ostatnie oszczędności hrabiemu. Pewnego razu hrabia skazał na śmierć czterech wieśniaków, którzy to sprzeciwili się płaceniu daniny. Ludzie hrabiego powiesili wiejskich buntowników na tym oto wielkim dębie. Hrabia wydał nakaz, że każdy kto nie będzie płacił zawiśnie. Miejscem kaźni miał być dąb. Według legendy od tamtej pory stała się rzecz bardzo dziwna. Otóż każdy kto schronił się pod dębem umierał w przeciągu miesiąca. Bogobojni wieśniacy uznali drzewo miejscem przeklętym i omijali je z daleka. Panicznie bali się samego cienia, który to właśnie miał rzucać czar rychłej śmierci. Podobno wielu ludzi zabiła ta klątwa. Ludzie Ci czy to z niewiedzy o legendzie czy z ciekawości przechodzili pod cieniem dębu, potem każdy z nich ciężko chorował i w końcu umierał.

„Głupia legenda – pomyślał – tylko frajerzy wierzą w te bzdety” Zerwał długie źdźbło trawy i wsunął koniec w kącik ust. Rozpiął guzik koszuli, wczoraj długo się namęczył starannie ją prasując. Dziś musiał wyglądać elegancko, więc ubrał się prawie jak do kościoła. Czarne spodnie starannie wyprasował na tzw. kant. Dwa długie załamania materiału ciągły się przez całą długość nogawek. „Spóźnia się. Cholera!” Wypluł źdźbło i zastąpił je papierosem. Zaciągnął się głęboko gdy nagle coś zazgrzytało za jego plecami. Odwrócił się.

- Co ty tu robisz o tak wczesnej porze, kawalerze? – był to jakiś staruszek jadący na równie starym rowerze. To jego pojazd wydawał te ciche zgrzytnięcia. Dziadek trzymał w ręce wędkę. Niewielkie wiaderko przewieszone przez kierownicę dyndało w czasie jazdy po kępach trawy.

- Nie pańska sprawa. – odpowiedział. Dziadek uśmiechnął się szeroko. Czarna dziura w jego ustach świadczyła o tym, że ostatniego zęba stracił on już dawno temu.

- Ja jadę złowić sobie jakąś rybkę na obiad. Miłego dnia kawalerze! – krzyknął dziadek i pojechał dalej kierując się w stronę bajorka.

Staruszek przypomniał mu jego dziadka. Wiele razy dziadek zabierał go z sobą na ryby. Przed połowem miał on w zwyczaju mawiać: „Wędki w dłoń, wieloryby już na nas czekają”. Potem dziadek „zachorował” na syfilis i umarł. Wnuczkowi pozostawił tylko wspomnienia wspólnego wędkowania. Babcia mawiała, że dziadek umarł na kurwiszona.

„Gdzie ona jest? Jak nie przyjdzie to ją chyba uduszę.” Uniósł głowę i spojrzał w stronę polnej dróżki, nikogo nie zobaczył. Przewrócił się na bok i podparł ręką głowę. Zaczął nerwowo skubać trawę. W koronę drzewa wleciał jakiś ptak i przysiadł na gałęzi. Po chwili słychać było radosne trele wydawane z gardła małej ptaszyny.

- A tobie co tak wesoło? – spytał ptaka – Fruń stąd, leć pośpiewać gdzie indziej!

Ptak spojrzał jednym okiem ale nie odfrunął. Włożył dziobek pod skrzydło i zaczął wyskubywać coś z piórek.

- No słyszysz, sfruwaj! – przeganiał ptaka.

- Z kim rozmawiasz? – usłyszał cichy głos.

Momentalnie odwrócił głowę, obok stała młoda dziewczyna. Miała długie rozpuszczone włosy w kolorze miedzi. Piegi na twarzy tworzyły ogromne skupiska od brody aż po czoło. Nie szpeciło to jej urody, wręcz przeciwnie, piegi rozjaśniały ładną twarz i nadawały wyraz wesołości.

- Spóźniłaś się. – powiedział.

Dziewczyna zrobiła poważniejszą minę. Podeszła do niego i usiadła na kocu.

- Masz pieniądze? – spytała.

Chłopak sięgnął do kieszeni koszuli. Wyciągnął pozwijane banknoty i podał dziewczynie.

- Za mało – dziewczyna liczyła pieniądze – Miało być 50.

- Bierz ile jest, więcej nie mam. To i tak za dużo jak za śmierć. Ja nie kupuję twego ciała tylko śmierć, nie zapominaj o tym.

Spojrzał na nią, przestraszył się trochę, że nic z tego może nie wyjść. Milczeli chwilę, ciszę przerwał ten sam ptaszek, którego on próbował przepędzić. Znów zaśpiewał ptasią melodię. On myślał o niej, o tym jaka jest ładna. Miał ochotę wtulić się w jej włosy, zaciągnąć się ich wonią, wplatać palce w rude kosmyki. Na myśl o włosach sięgnął ręką i założył jej rudy kędziorek za ucho.

- Katja, ja muszę dzisiaj, zrozum. – jego głos lekko drżał, prawie niewyczuwalnie ale wystarczająco by można było usłyszeć w nim lęk, obawę przed czymś.

Katia zamyśliła się, jej nieruchome oczy wpatrywały się gdzieś w dal. Sprawiała wrażenie jakby chciała coś dojrzeć, coś dalekiego. Podkuliła zgrabne nogi i milczała.

- Ty musisz mi pomóc. I tak cię już nikt nie rżnie, ludzie się ciebie brzydzą, pokazują palcami, przepędzają. Jak mi nie pomożesz to załatwię to inaczej, szybciej. Katia, słyszysz! Załatwię to szybciej! – złapał ją za ramiona i potrząsnął. Ich spojrzenia skrzyżowały się. W jej oczach mieszkała obojętność, w jego strach.

- Głupi jesteś Misza ale dobra. Niech ci będzie.- powiedziała Katja - Ale stawiam dwa warunki: po pierwsze nikomu nie powiesz, że miałam z tym coś wspólnego, po drugie zdradzisz mi przed czym uciekasz.

Wziął głęboki oddech i położył się na boku. Przypatrywał się dziewczynie. „ Za pół godziny będzie po wszystkim – pomyślał – trochę piłowania i kłopot z głowy.”. Myślał o tym, że wszyscy faceci we wsi mieli chrapkę na Katie i że teraz jest ona tylko jego. „Gdy Katia była zdrowa to każdy gnojek się za nią oglądał a teraz skurwysyny plują na nią. Niejeden myślał o niej w czasie masturbacji, rozbierał ją wzrokiem, ślinił się na jej widok. Teraz stać ich tylko na słowa „Uwaga, zaraza idzie”. Chamy!”.

- Powiedz dlaczego? – dziewczyna położyła się obok niego. Słoneczne cętki dziurawiące cień wplatały się w jej włosy nadając im w tych miejscach złocisty kolor. Złapała jego dłoń i położyła na swoim brzuchu.

- Pięć lat, rozumiesz? Pięć lat. – Misza przesunął rękę niżej – Tam gówno robią z człowieka. Słyszałem jak inni opowiadali, mówili, że to koszmar. Niektórzy wspominając to płakali. Z każdego zrobią gówno. Był taki jeden, Suchodinow, mówił że śmierć jest lepsza od tego. Tam na wojnę posyłają, zabijać każą. Pięć lat, rozumiesz? Pięć pieprzonych lat!!!

- Może i masz rację Misza. – wyszeptała – Dam ja ci dzisiaj, dam. Podaruję ci siebie i TO coś. Już nie będziesz się bał. – przytuliła się do niego.

Wyciągnął papierosa, podał jej i sam zapalił. Wiązki światła wyglądały jak ciężkie obłoki przechodząc przez świetliste plamki. Trelujący ptaszek skoczył na wyższą gałązkę, zupełnie jakby przestraszył się dymu. Już nie śpiewał, przypatrywał się małym oczkiem leżącej parze.

- Boisz się śmierci? – spytała.

- Życia się boję. Gdy będzie już po wszystkim to będę taki jak ty – nietykalny i szczęśliwy. Nikt nie wyrwie mi pięciu lat życia.

- A wiesz, gdy już ci to dam to będziemy tylko dla siebie. Nikt nic nam nie zrobi, będziemy fatalnymi kochankami, chcesz? – spytała.

- Ty i ja? Chcę. – Misza nachylił się nad nią i pocałował.

- Głupiś Misza, ty nie wiesz co to znaczy być zarazą. Ludzie cię znienawidzą. Tego chcesz?

- Nie chcę żeby zrobili ze mnie gówno, tylko tyle. Na życiu też mi nie zależy, żyć krócej czy dłużej – co za różnica. Takie życie to przedłużona agonia, a ty możesz pomóc mi skrócić agonię. Jesteś moją szansą, wyjściem ewakuacyjnym.

Przymrużyła oczy spoglądając w koronę drzewa. Jej również przypomniała się legenda o starym dębie. Znała ją dobrze, gdy była dzieckiem mama opowiadała jej tę historię.

- Misza, wiesz co ludzie mówią o tym dębie? – spytała

- Pamiętam, bzdety o złym Aleksandrze.

- Wiesz, to chyba nie są bzdety. Kiedyś tu byłam, przyszłam właśnie pod to drzewo i usiadłam sobie na chwilę. Tego samego dnia spotkałam tego kuglarza z Dobrodworu, to on mnie zaraził, oddałam mu się. Teraz ja umieram. Popatrz na siebie, przecież ty też będziesz umierał. Te drzewo ma coś w sobie, ten śmiertelny cień. – mówiła nie spuszczając wzroku z drzewa – Ci co tu zawiśli byli buntownikami, ja też byłam buntowniczką i ty również. Ten cień zabija tylko buntowników.

- Bzdety.

- Ja jednak wierzę. Ty też uwierzysz gdy będzie po wszystkim, gdy będziesz taki jak ja, zobaczysz. – dziewczyna przytuliła się mocniej.

- Wiesz, ja też kiedyś wierzyłem. Wierzyłem w dobre życie, w życzliwych ludzi, w doskonały świat a przede wszystkim wierzyłem w wolność. Wiedziałem, że nikt mi jej nie zabierze, że będzie moja, tylko moja. A tu nagle wszystko okazuje się gównem. Pięć lat, rozumiesz? Pięć lat! – uderzył pięścią w ziemię.

- To przez hrabiego, to przez ten cień. – szepnęła.

- Przestań – przesunął dłonią po jej plecach.

- Chcesz teraz? – spytała. Wlepiła w niego wzrok, na twarzy Miszy rysowała się obawa. Dziewczyna wędrowała ręką po jego brzuchu aż zatrzymała się na kroczu. Misza zmarszczył czoło, nie chciał na nią patrzeć, odwrócił głowę.

- Misza, ty jeszcze nigdy tego nie robiłeś, prawda? – spytała – ja wiem, że tak. Poznaję to, ty unikasz mojego wzroku.

- A skąd ty to możesz wiedzieć – próbował nadać swemu głosu pewności.

- Kochałam się z chłopcami, co to oni pierwszy raz, no wiesz. Wszyscy zachowujecie się tak samo, wstydzicie się i odwracacie wzrok. I co najważniejsze boicie się przyznać, że wy jeszcze nie robiliście tego z kobietą. Ale nie martw się Misza, ja cię wszystkiego nauczę. – rozpięła mu rozporek i usiadła na nim.

Kochali się powoli i namiętnie. Katja delektowała się każdą chwilą, każdym westchnieniem. Wielki dąb z góry spoglądał na splecionych kochanków. Nawet śpiewający ptaszek oglądał to widowisko. Gdy ich rozkosz sięgała szczytu Misza krzyknął:

- Już mnie nie dostaniecie!!!


niczego sobie 6 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Mateusz Kozak
Mateusz Kozak 26 maja 2004, 19:16
Ten tekst jest do dupy
magda
magda 24 września 2006, 18:18
nudny i za dlugi mozna by bylo zasnac
MARO WŁZ
MARO WŁZ 26 listopada 2006, 13:02
Pierdole to !!!
Usunięto 1 komentarz
488 wyświetleń
przysłano: 24 maja 2001

marcinhaba

41
16 tekstów
?

Inne teksty autora

Kwas (fragment powieści)

marcinhaba, opowiadanie

Miasto

marcinhaba, opowiadanie

Koniec świata

marcinhaba, opowiadanie

Dwudziesty trzeci grudnia

marcinhaba, opowiadanie

Niespełniona ochota

marcinhaba, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło