Przecina je pamięć kamieni, i moja (opowiadanie)

Wiktor Smol

Poniżej szkic miniatury, która jest wprowadzeniem do mojej powieści.

(...)
 

Jakiś czas temu byłem przejazdem w mieście wiceministra zdrowia, tego samego, który zasiadał w komisji ds. afery hazardowej. Zanim przejdę do miasta, słów kilka w temacie afery.

Nepotyzm z samej definicji wyjaśnia czego dotyczy i na czym polega jego właściwość rzeczowa.
Cała ta afera, która odsłoniła kolejny rąbek patologii sięgającej wierzchołków władzy w tym kraju, już na starcie była spisana ma niepowodzenie. Przebieg i procedowanie przy niej dobitnie o tym świadczył, a zakończenie „nie było żadnej afery” jedynie potwierdziło, że tej politycznej „czapy” tak samo chronią wszyscy święci, jak strzegą wszyscy diabli. Tyle tematem wprowadzenia.
 

(…)
 

Rodzinne miasto wiceministra znam dość dobrze: tyle razy tutaj byłem przejazdem, tyle razy zatrzymywałem się na chwilę lub dwie, że z czasem odnosiłem wrażenie pewnej bliskości, a nawet więzi. Owa bliskość i więź nie ma nic wspólnego z zauroczeniem – owszem okolice piękne, a nawet miejscami urokliwe, ale samo miasto przypomina raczej jakiś niezrozumiały algorytm.
 

(…)


Wspomniane bliskość i więź  dotyczyły zgoła innej właściwości. Uświadamiały mi, że oto za sprawą dziwnego zrządzenia losu mam okazję być blisko spraw, o których nie mówi się tam wysoko, a tutaj na dole mam możliwość dostrzegania tego, co kształtuje właściwość rzeczową naszej polityki, gospodarki i życia społecznego.
Świadomość bliskości tych spraw sprawiała poczucie pewnej więzi, która zawiązywała się za każdym razem, kiedy udało mi się zbliżyć do spraw skrzętnie ukrywanych przed lokalną społecznością i resztą świata.
 

Moją uwagę przykuł stary, zabytkowy młyn doszczętnie zniszczony przez pożar tak, że dziś bardziej przypomina wyjęty motyw z mrocznego filmu o wampirach i zombie.

Jak zawsze, kiedy mnie coś zaciekawi i zaintryguje, zatrzymuję się, podglądam i podpytuję  napotkanych ludzi. Ludzie na ogół wiedzą więcej niż władzy mogłoby się to wydawać i niżby tego chciała. Ale władza to nie duchy, to z krwi i kości ludzie, nasi sąsiedzi, znajomi i krewni, muszą jeść i pić, gdzieś mieszkają i bywa, że zostawiają wiele śladów – niektórych nie da się ukryć.
 

Tym razem też tak uczyniłem. Zatrzymywałem się i w kilku miejscach podpytywałem ludzi na okoliczność pożaru, który już od samego początku został opatrzony przymiotnikiem tajemniczy.  Wiele osób twierdzi, że było to celowe i zaplanowane podpalenie.
 

– Panie, to miasto zostało doszczętnie zniszczone!
–Tak? A przez kogo, i co pan ma myśli? – zapytałem człowieka w sile wieku.
– Widać, że pan obcy i nie wie jak tutaj było kiedyś. Ech szkoda słów… tylko wziąć za łby tych skur… – przerwał w połowie słowa i rozejrzał się niespokojnie, jakby się czegoś lub kogoś obawiał.
– Z tym młynem to każdy tutejszy wie, że to było celowe podpalenie. Kilka razy wcześniej ktoś próbował. Tym razem wybrali najlepszy z możliwych terminów – dzień strażaka. Chyba wszystkie jednostki straży zawodowej i ochotniczej brały udział w pokazach na parkingu przy „Kupcu”. Panie ten ogień był widoczny z każdego miejsca w mieście i daleko za miastem. Ludzie mówią, że ten pożar został zlecony, aby w końcu Irlandczyk mógł tam postawić swój wieżowiec.
– Jaki Irlandczyk? – zapytałem mojego rozmówcę.
– No, ten właściciel, który chciał młyn wyburzyć i podbudować tam nowoczesny obiekt. W Internecie ponoć można się doszukać zdjęć naszego prezydenta z tym facetem w Irlandii.
– Pierwszego? – zapytałem.
– Nie. Starucha.
– Dlaczego chciał wyburzyć, przecież to był piękny obiekt i, jak mi się wydaje, raczej zabytek. Nie można było z tego zrobić, jak robią w wielu dużych miastach, ekskluzywnych mieszkań, loftów lub biur pod wynajem? Albo pięknej galerii, jak np. ta w Bydgoszczy?
– Panie, jaka ochrona zabytków? Przecież to nie pierwszy zabytek, który został doszczętnie zniszczony.
– Jak to nie pierwszy? Inne też się spaliły? – zapytałem nieco zaskoczony.
– Nie. Inne, tak jak stara ułańska ujeżdżalnia, wpisana do rejestru zabytków, zostały decyzją urzędniczki rozebrane. Dziś tam na tamtym terenie, dawnej fabryki mebli, stoi kilka domów. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, pod kogo takie pozwolenie zostało wydane.
– Czy chce pan powiedzieć, że komuś zależało na tym terenie i urzędnicy nie oglądali się na to, że to zabytek? – zapytałem coraz bardziej zaciekawiony wiedzą mojego rozmówcy.
– Panie, w tym mieście już od dawna władza nie liczy się z nikim i niczym – odpowiedział nieco poirytowany faktem, że ja tak mało wiem o jego mieście i o tym, że władza tutaj jest taka, a nie inna.
 

Postanowiłem kontynuować ten wątek. Ostrożnie, żeby nie urazić, lub nie daj boże spłoszyć mojego rozmówcy, zaproponowałem coś do picia, nie formułując, co konkretnie mam na myśli.

Nie miałem bladego pojęcia, czy on woli kawę, herbatę, czy piwo lub, dajmy na to, coś zimnego.

Jego twarz, choć ogorzała od słońca, nie wskazywała żeby nadużywał alkoholu. Nie wiedziałem, czy nie zechce przerwać tej rozmowy i odejść w sobie tylko znanym kierunku.

Przyznaję, że w tym momencie poczułem się, jakby zaczął czytać mi arcyciekawą książkę, obawiałem się, czy nie zechce jej zamknąć, wsunąć pod pachę i odejść sobie w siną dal. On, tym razem już spokojnie, przyjrzał się mi uważniej; wpierw zmarszczył czoło i zmrużył oczy po czym przytaknął, że się zgadza.
 

– Może być piwo – odrzekł – i tak nie mam nic do roboty. Ale… niech pan sobie nie myśli, że ja nie mam na piwo – dodał lekko speszony, że zgodził się na propozycję wypicia czegoś z dopiero co poznanym obcym.
 

Odetchnąłem z ulgą, a dla rozwiania wszelkich wątpliwości odpowiedziałem, że nawet przez moment taka myśl mi nie przyszła do głowy.
 

– Ma pan jakieś swoje ulubione miejsce? Jakby co, to tu na parkingu stoi mój samochód – ruchem głowy wskazałem parking za moimi plecami.
– Każdy ma swoje jakieś ulubione miejsce, jedni wolą zadymioną knajpę, inni przytulny bar, jeszcze inni ławkę w parku, albo miejsce w krzakach nad rzeką. A ja, na ten przykład, piwo lubię wypić na boisku. Co pan na to, kupimy tutaj w sklepie po butelce i zejdziemy z Rynku Podgórną do Kazika Deyny?
 

Zgodziłem się bez chwili wahania. Kiedy stałem w sklepie w niewielkiej kolejce składającej się czterech osób wliczając w to mnie, zastanawiałem się, czy mój rozmówca powie mi jeszcze coś ciekawego. Intuicja podpowiadała mi, że tak.
Przyszła moja kolej kupowania więc zagadnąłem nieznajomego, czy ma chęć na jedno czy może dwa piwa i jakie sobie życzy.  – Jedno, jedno zupełnie wystarczy. Może być żywiec. Odpowiedział i wyszedł na zewnątrz.

Podążyłem tym samym tropem i znowu stanąłem na chodniku Rynku, naprzeciw Ratusza. Na Ratuszu dostrzegłem logo partii i napis „Biuro Poselskie Jana Maleszki”.

Dopiero co poznany towarzysz rozmowy dostrzegł mój wzrok skupiony na budynku i nie omieszkał tego skomentować.
 

– Ten szkodnik tutaj ma swoje biuro.
– Uhm – odpowiedziałem w atawistycznym zamyśleniu, że widzę, że rozumiem i podzielam jego określenie „szkodnik”.
– A wie pan, że tak naprawdę to szlak mnie trafia, kiedy sobie uzmysławiam, że siedzę tutaj w tym małym brudnym i skorumpowanym mieście, w którym nawet jedyne kino zamknęli, bo ponoć mało chętnych. Cholera mnie bierze na samą myśl własnej bezradności, która wtopiła mnie na dobre w tę szarzyznę, i kiedy sobie pomyślę, że dawno nigdzie nie byłem, że kawałek dalej jest Gdańsk, że są kina, teatry, muzea… Przerwał i spojrzał ma mnie lekko zrezygnowany. Skinąłem głową zachęcając, aby mówił dalej.
– To normalnie, tak po ludzku jest mi wstyd, że nie potrafiłem się tej szarzyźnie oprzeć i dać jej odporu – powiedzieć wypierdalaj stąd Stefan jak najdalej, bo tutaj zastanie ciebie starość i pieprzona samotność – konturował rozmówca, który sam siebie przedstawił z imienia. – I widzi pan, z tym wstydem, który boli jak cholera, z tą duszą porozdzieraną na strzępy, zastaje mnie ta starość, która idzie w moim kierunku coraz żwawiej. A może to ja już zwalniam tak bardzo, że wszystko co się wlecze nabiera innej perspektywy? Już sam nie wiem, nie rozumiem, jak tego, że panu to mówię zamiast mówić o młynie, ujeżdżalni… Nawet nie wiem, kiedy młodość minęła i już dobrze nie pamiętam dlaczego, czy może dla kogo zrezygnowałem ze swoich marzeń. Wie pan, chciałem podróżować żeby to co zobaczę opisać i namalować. Miałem talent, mówili mi dobrzy ludzie, żebym szedł dalej, żebym nie marnował swych umiejętności. Mówili bym stąd wyjechał i spróbował sił w dużych miastach, gdzie są warunki dla kultury i sztuka ma się dobrze, bo tutaj nikt tego i tak nie jest w stanie zrozumieć, a ci którzy zdołają to owszem, poczują się gorsi i zagrożeni. Zabrakło sił, zabrakło odwagi, a może to wina przywiązania do rodziny?
Dziś jestem sam – nie mam już rodziców, rodzina się rozpadła. Starzy poumierali, a młodych poniosło gdzieś w świat. Zostałem tutaj i wdycham codziennie to powietrze zatęchłe starością lichych kamienic i starych chałup – Stefan kolistym ruchem ręki objechał wokół rynku pokazując mi, które budynki ma myśli i kontynuował dalej – wdycham ten jad zawiści prowincjonalnej elity, dla której szczytem marzeń jest grillowanie w swoich ukrytych za miastem rezydencjach, żarcie i chlanie do upadłego. Żadnych ambicji, żadnej tęsknoty do kultury wyższej. A stać ich na to, tyle się nachapali, że mają wszystko. Jedyne, czego im brakuje, to przyzwoitości i tego czegoś, co nazywa się inteligencją. Im, proszę pana, inteligencja popieprzyła się ze sprytem, a sprytu i chytrości rzeczywiście nie można im odmówić. Ale, czy spryt w jakikolwiek sposób można zaliczyć do inteligencji?

– Ma pan rację, spryt to nie inteligencja – odpowiedziałem, ale w duchu pomyślałem, że jednak trzeba nieco inteligencji, aby być sprytnym. Jednak nie chciałem wdawać się w dyskurs ze Stefanem, albowiem nie wiedziałem jeszcze o jaki poziom sprytu jemu może chodzić.
 

Tymczasem idąc tak w kierunku stadionu miejskiego im. Kazimierza Deyny skręciliśmy przed kościołem pod wezwaniem św. Katarzyny w lewo i szliśmy dość stromą wąską jednokierunkową uliczką w dół ulicy Podgórnej. Nazwa jak najbardziej adekwatna.
Nie wiem, czy faktycznie poczułem w nozdrzach zapach stęchlizny wydobywającej się z okien piwniczych, ledwo co wystających nad poziom chodnika, czy to może bardziej zasługa autosugestii tego, co przed chwilą usłyszałem na ten temat.
W każdym bądź razie odczuwałem jakiś element zespolenia między opowieścią, a tym co widzę i czym oddychałem idąc w dół z moim nowo poznanym towarzyszem rozmów na temat spalonego młyna – motyw autentyczności i pełnej spójności doznań pozawerbalnych z treścią zasłyszanych odczuć i uczuć Stefana.

Przez moment zrobiło mi się go jakoś żal, ale nie odważyłem się tego w żaden sposób okazać. Już wiedziałem, że granica ostrożności i niepewności wobec obcego z innego miasta – a takim niewątpliwie byłem dla Stefana – nie wiedzieć czemu, i za jaką przyczyną, pękła.
A skoro pokonywanie lodów poszło tak gładko, to teraz, jak przypuszczałem na te chwilę, czeka mnie dalsza część niezwykle ciekawie zapowiadającej się opowieści na temat miasta, z którego wywodzi się „szkodnik”, Jan Maleszka, i reszta lokalnej elity, którą brzydził się Stefan.
Przypuszczałem, że musi mieć ku temu istotny powód. Po następnych kilku zdaniach uświadomiłem sobie, że to człowiek niezwykle rozgarnięty, wrażliwy o sporej wiedzy, nie tylko dotyczącej tego małego miasta, i wszystko co mówi jest wyważone i osadzone w konkretach.
A ja lubię ludzi rzeczowych z wielkim polotem, zacięciem i oratorskimi umiejętnościami.

Minęliśmy ulicę Kilińskiego, poprzeczną do Podgórnej i zbliżaliśmy się powoli do niewielkiego mostu przerzuconego przez rzekę.
 

– Wierzyca? – zapytałem.
– Nie. Kanał Wierzycy – odparł stonowanym głosem – nim płynie woda na młyńskie turbiny, które od lat nie działają, podobnie jak cała reszta w tym mieście. Właściwa rzeka jest tam.
Ręką pokazał przeciwległy kierunek od zgliszczy wypalonego młyna. – Opływa stadion Kazika i młyn z drugiej strony, i płynie w kierunku Wisły przez Kolincz, Rywałd, Pelplin…  W tym miejscu przerwał swój  wywód starając się zapewne przypomnieć kolejne miejscowości. Ja nie wiedziałem, a on sobie darował dalsze wyliczanie.
– Wierzyca – kontynuował – przecina miasto na dwie części, i my za chwilę będziemy na najniżej położonym miejscu miasta.  A może, jeśli pan chce, podejdziemy pod młyn skoro jesteśmy tak blisko, to co nam szkodzi. Na stadion możemy wejść drugą bramą od strony hotelu i kortów.
 

(…)
 

Copyright © Wiktor Smol


dobry 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Alicja Kubiak
Alicja Kubiak 2 grudnia 2013, 18:53
Literówki dobrze jest poprawiać, zanim wrzuci się tekst do oceny. Domyślam się, że je widzisz i wynikają one z pośpiechu.
To opowieść fikcyjna, czy oparta na faktach ;) ?
Wiktor Smol
Wiktor Smol 2 grudnia 2013, 22:48
Okej, poprawię. Fikcja.
666 wyświetleń
przysłano: 2 grudnia 2013 (historia)
Wiktor Smol

Wiktor Smol

Polska
3 artykuły 107 tekstów 19 prac 403 komentarze

Inne teksty autora

Rzecz idzie o święty spokój

Wiktor Smol, wiersz

Wiersz pisany powabnie

Wiktor Smol, wiersz

Tam, gdzie pająki kładą się spać

Wiktor Smol, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło