Literatura

Hades (opowiadanie)

Marek Jastrząb

Żeby tam się dostać, należało przerobić strażników, upilnować taką porę, gdy zajęci byli jedzeniem. W tym celu czekałem przy bramie prowadzącej do wąskiego korytarzyka, gdzie znajdowało się wejście. Że takie wejście istotnie było, wiedziałem z częstych rozmów, a ponieważ megafony akurat ogłosiły niedzielę i w związku z tym nie miałem żadnych zajęć, postanowiłem zwiedzić podziemia.


...po przechytrzeniu strażników na dobre pokrzepionych na opasłym brzuchu, znalazłem się w tunelu łączącym dwa zupełnie różne miejsca. Jedno należało do znanych, z którym zdążyłem się już oswoić, drugie rządziło się prawami, o jakich nie miałem pojęcia. Co mnie zbiło z tropu, to panujące tu, przenikliwe zimno.


Choć po przejściu kilku metrów zauważyłem, że tu i tam biegnący ludzie są ubrani w zimowe palta, podczas gdy na górze co i rusz ogłaszano środek lata, upał, suszę nawet, w podziemiach nikt nie przejmował się pogodą pochodzącą z góry.

 

Pomyślałem, że widocznie działa tu klimatyzacja. Lecz kiedy przebyłem następnych kilka metrów stwierdziłem, że korytarz, w miarę oddalania się od włazu, napełnia się wprost niemożliwym do zaakceptowania zaduchem, który przenikał z zewnątrz naprędce mijanych sal.


W salach tych zauważyłem sporą liczbę ludzi a ich twarze wyrażały zniecierpliwienie, irytację, żadna jednak nie była zadowolona. Sale, położone naprzeciwko, wypuszczały z siebie zepsute powietrze oraz ludzi, którzy, początkowo oszołomieni zmianą klimatu, bezradnie obijali się o ściany korytarza, by później, dosyć szybko, wrócić do równowagi, by, już po chwili, normalnie i bez wątpliwości biec w obranym kierunku.


Potrącali mnie. Z daleka już i mało wyraźnie przepraszali mnie nie przerywając pędu. Chociaż powietrze z sal dawało mi się we znaki, to przecież musiałem przyznać, że w niezupełnie jasny sposób znikało gdzieś: wessane i oczyszczone przez zimny powiew przeciągu - rozpływało się w ciemności. *Po wielu kilometrach, kiedy przekonałem się, że korytarz ma kształt wielkiego koła i nie kończy się tam, dokąd zmierzają ludzie, wyrosła przede mną wnęka. Z pewnym zainteresowaniem przeczytałem słowa umieszczone na transparencie: serdecznie zapraszamy.


Wnęka, odgałęzienie celu wycieczki, zaczynała kolejny, tym razem ciekawy i obiecujący etap zwiedzania. Lecz z różnych powodów, ilekroć chciałem wejść w nią głębiej, na drodze spotykałem szklaną ścianę. Czasem tylko, skoro wytrwale biłem o nią głową, udawało mi się zobaczyć, po drugiej stronie, siedzącego na małym stoliczku, mężczyznę.

 

*

... zrozumiałem, że jestem w miejscu, skąd się nie wraca. Śliskie ściany uciekały pionowo w górę. Przez otwór widziałem światło, strugę blasku. Zamknąłem oczy. Ręce były spokojne. Czułem jednostajny, monotonny puls. Próbowałem wyobrazić sobie, że umieram, lecz nie mogłem. Pomyślałem, że, jak zwykle, jestem do niczego. Zakląłem wtedy. Za wszelką cenę nie chcę być do niczego, wrzasnąłem w ciemność, a od niewidocznej przeszkody przybiegło drwiące echo.

*

Po dalszej wędrówce, kiedy już byłem setnie zmęczony i nie odczuwałem zimna, opadła mnie bezładna gromada tubylców. Krzyczeli jeden przez drugiego, a twarze mieli ziemiste. Nie było w tym nic dziwnego; choć przebywali tu bez dostępu słońca, sprawiali wrażenie pogodnych i rozluźnionych, jak gdyby chaotyczna gonitwa po korytarzu wzbudzała w nich chęć do życia.


Z początku nie potrafiłem skapować, dlaczego i co mówią, lecz gdy wsłuchałem się w ich rytm, gdy złowiłem skomplikowaną melodię ich zdań, zacząłem przypisywać znaczenie całym wypowiedziom, całym partiom monologów. Bo właściwie to, co słyszałem, było jednym wielkim monologiem.


Choć pozornie bezładny, przydługi i mętny, choć tworzący przejmujący skowyt wspólny wszystkim katowanym, oglądany osobno, układał się w jasny, szatańsko poprawny obraz: każde słowo miało właściwą intonację, mieniło się aż do jądra swojego znaczenia, a otaczające krzyki wydawały się nieskończenie piękną skargą. Pieśnią wzniosłą nieznanym okrucieństwem; łączyły się nie banalną treścią, lecz klimatem, którego nie rozumiałem ani w ząb, za którym płakałem jak bóbr.

https://studioopinii.pl/dzia%C5%82/felietony/jastrzab-lata?fbclid=IwAR3SPlLhJaBRktmnGB23r7vKrTEQjR78C1KRRFyuDm_c0WW1LdhIv4Yougk

 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 16 marca 2022 (historia)

Inne teksty autora

COME BACK
Marek Jastrząb
Kołatka
Marek Jastrząb
Puszka
Marek Jastrząb
Wsi spokojna, wsi wesoła
Marek Jastrząb
Medialny kontredans
Marek Jastrząb
Gówno w plecaku
Marek Jastrząb
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca