Węgle nieba wisiały tak blisko , że bałem się ich gorąca. Lada chwila mogły mnie przypiec. Ale byłem świadomy , że inna jest wieczność mężczyzny , a inna - kobiety. Dwoje się odmiennych zwierząt parzyło i krzaki róż rodziły winne pędy ciężkie od gron księżycowych. Z małpiej gardzieli dobyły się płomienie i nepiętnowały świat znakiem lilii. W gaju mirtowym bielił się gronostaj. Zapytaliśmy go , skąd ta nieprawdziwa zima. Połknąłem stada brunatnych baranów. Na horyzoncie ukazała się Orkeniza. Poszliśmy w kierunku tego miasta, z żalem opuszczając dolinę , gdzie jabłonie śpiewały , gwizdały i ryczały. Ale pieśń od pól uprawnych brzmiała cudownie:
Przed bramą Orkenizy
Na wjazd woznica czeka.
Przez bramę Orkenizy
Ktoś boso w świat ucieka.
A tu strażnicy miasta
Pytają srodzy wielce:
-Co ty wynosisz z miasta ?
-Zostawiam swoje serce.
A tu strażnicy miasta
Pytają drugiej strony :
-Co wieziesz ty do miasta ?
-Serce dla narzeczonej.
Ile serc w Orkenizie !
Śmiej się, cała strażnico !
Szara droga, włóczęgo,
Chmielna droga, woznico.
Piękni strażnicy miasta
Sprawnie szydełkowali,
A potem bramę miasta
Powoli zamykali.
Jednakże byłem świadomy, że inna jest wieczność mężczyzny, a inna - kobiety. Niebo karmiło swoje pardy. Zauważyłem na swojej ręce karmazynowe plamy. Nad ranem piraci uprowadzili dziewięć okrętów zakotwiczonych w porcie. Monarchowie się bawili. I kobiety nie chciały opłakiwać żadnych zmarłych. Wolały starych królów silniejszych w miłości niż stare psy. Jakiś ofiarnik zażądał , aby go uśmiercono zamiast ofiary. Otworzono mu brzuch. Zobaczyłem tam cztery I , cztery O , cztery D. Podano nam świeże mięso i kiedy je zjadłem, urosłem raptownie. Małpy podobne do swouich drzew gwałciły szare grobowce. Zawołałem na jedną z tych małp, na zwierzaka , z którego puszczały się liście laurowe. Przyniósł mi głowę wyrzezbioną w perle. Wziąłem ją w objęcia i zacząłem wypytywać, przedtem zagroziwszy, że wrzucę ją z powrotem do morza, jeżeli mi nie odpowie. Ta perła była niewykształtowana i morze ją pochłonęło.
Jednakże byłem świadomy, że inna jest wieczność mężczyzny a inna -- kobiety. Dwoje się odmiennych zwierząt kochało. Tylko królowie nie umierali ze śmiechu , i przybyło dwudziestu ślepych krawców, aby skroić i uszyć pokrycie na sardonik. Sam ich prowadziłem cofając się do tyłu. Pod wieczór drzewa uleciały , małpy znieruchomiały i zobaczyłem siebie w ustokrotnieniu. Byłem gromadąsiedzącą na brzegu morza. Na horyzoncie przepływały wielkie złote okręty. A kiedy noc zapadła na dobre, sto płomieni wyszło mi na spotkanie. Wydałem na świat sto dzieci płci męskiej, których mamkami stały się księżyc i wgórze. Pokochały bezkostnych królów, którymi powiewano z balkonów. Przyszedłszy na brzeg rzeki , ująłem ją oburącz i potrząsnąłem. Tym mieczem ugasiłem pragnienie. Iwysychające zródło upewniło mnie , że jeżeli zatrzymam słońce , to zobaczę je takie jak w rzeczywistości, kwadratowe. Ustokrotniony, płynąłem ku jakiemuś archipelagowi. Stu marynarzy przyjęło mnie na lądzie i , zaprowadziwszy do pałacu , zabili mnie dziewięćdziesiąt dziewięć razy. W tym momencie śmiech mnie porwał i zatańczyłem , kiedy oni płakali. Tańczyłem na czworakach. Marynarze nie śmieli się poruszyć , bo miałem przerazliwą powierzchowność lwa.
Na czworakach. Na czworakach.
Moje ręce, moje nogi podobne były do siebie, moje zwielokrotnione oczy wieńczyły mnie uważnie. Potem się podniosłem, aby zatańczyć jak ręce i jak liście.
Byłem w rękawiczkach. Wyspiarze zaprowadzili mnie do swoich sadów i dawali mi zbierać owoce podobne do kobiet. Dryfująca wysepka zapełniła nieledwie całą zatokę i od razu na pisaku wyrosły czerwone drzewa. Łagodne zwierzę obrośnięte białymi piórami śpiewało niesłychanym głosem i cały lud podziwiał je bez znużenia. Odnalazłem na ziemi perłową głowę, a ona płakała. Potrząsnąłem rzeką w powietrzu i tłum sięrozproszył. Starcy jedli seler , nieśmiertelni nie cierpieli bardziej niż umarli . Poczułem się wolny , wolny jak kwiat o właściwej porze roku. Słońce nie było wolniejsze od dojrzałego owocu. Stado drzew skubało niewidzialne gwiazdy, jutrzenka podawała dłoń burzy. W mirtowych gajach ulegano oddziałowywaniu cienia. Cały lud spędzony do tłoczni krwawił śpiewając. Mężczyzni narodzili się z płynu ciaknącego z tłoczni. Wymachiwali innymi rzekami, a te zderzały się ze srebrzystym brzękiem. Cienie wyszły z gajów mirtowych i przeniosły się do ogródków zraszanych odroślą oczu ludzkich i zwierzęcych. Najpiękniejszy z ludzi chwycił mnie za gardło, ale zdołałem go powalić. Na klęczkach wyszczerzył do mnie zęby. Dotknąłem ich. Wydały dzwięki , które zmieniły się w węże koloru kasztanów, a ich język nazywał się Sainte-Fabeau. Wygrzebały przezroczysty korzeń i zjadły. Był gruby jak rzepa.
I moja odpoczywająca rzeka opłynęła je, ale ich nie zatopiła.
Niebo było pełne osadów i guzów. Przeklinałem niegodziwe gwiazdy, których światło spływało na ziemię. Nie widać już było żywego stworzenia. Ale śpiewy podnosiły się ze wszystkich stron. Obszedłem puste miasta i porzucone chałupy. Zebrałem korony wszystkich królów i przetopiłem na ministra figuranta, gadatliwego świata. Złote okręty bez marynarzy przepływały na horyzoncie. Olbrzymie cienie odcinały się na dalekich żaglach. Wiele stuleci dzieliło mnie od tych cieni. Wpadłem w rozpacz. Jednakże byłem świadomy, że inna jest wieczność mężczyzny, a inna kobiety. Odmienne cienie mroczyły swoją miłością ożaglowań, gdy tymczasem moje oczy uwielokrotniały się w rzekach, miastach i na śniegach gór.
Tłumacz. Adam Ważyk
"ONIROKRYTYKA"
Apollinaire Guillaume
Inne teksty autora
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume
Apollinaire Guillaume