Treny Jeremiasza (wiersz klasyka)

Jiří Orten

Treny Jeremiasza

 

 

 

 

O, Panie surowy, porywczy Boże lęku,
do ciebie mknie śpiew, co stanął na chwilę,
tę chwilę, do której dążyłem krokiem męki
i, rozigrany, z kosmosem się biłem.

Snadź nie jest bezdenna, snadź to jest pogrążeniem,
dotknąć czym da się kobiet z łez zbudzonych
i śmierć przenocować, która z wiatrem się żeni
i od okrucieństw trochę mieć ochrony.

Dla góry tak świętej, że po niej chodzą lisy,
że tak samotna jest jak stare drzewo.
czytałem proroctwa z tej księgi pełnej ciszy,
w niej tyle światła. I dla mnie jest śpiewem.

Obłoki-ś rozstrzelał i kryjesz się za przestrzeń
aby nie słyszeć, co krzyczę ci w niebo,
rozstrzelaj więc mnie też, noc dałeś, a ja nie śpię,
na twe wezwanie czekam z wiarą ślepą.

 

 

 

 

Ja słucham bez przerwy, jesteś cicho, jak niemy.
Ja słucham łzami, lecz głos twój - zbyt niski.
Ja słucham dalami, drogami, pragnieniem,
ciszą i lękiem, i rzeczami, wszystkim.

 

 

 

 

 

Ja jestem Mrok ziemi. Ziemia gniew twój poznała,
złem zawalona, więc widzieć nie mogła.
Ja jestem Mrok ziemi. Pod twym biczem konała.
Ostatnia dzieciom mleka jej lśni kropla.

Ja jestem Mrok ziemi, jej dałeś kraj kaleki,
dałeś jej żwir, śmierć, topiel taką gładką,
dałeś jej dnia oko, a nie dałeś powieki
dla jej pomroku. I poczęły - matki.

I poczęły matki i słodko obciążone
szły po owoce, zbierać je z jesienią,
szły, ziemi dotykały, w której sny ich płoną,
wieczny początek, światło - sen - pragnienie.

 

 

 

 

Lecz światła nie było. To światło, Panie, zgasło.
Słońce mróz zgasił, wszechmocny wyłącznik.
Zbór twój we trwodze i wnet nań opadło
niezmierne łkanie, płacz, bo zbór twój zwątpił.

Twa odwrócona twarz, twa zorza odwrócona
śmiała się, na nim mściła z grozą w głosie,
mściła się radosna i w tłum kładła imiona
straconych synków, których łan czas kosi.

Wszak ja - to Mrok ziemi, którą twe rózgi sieką,
to świetlnych matka, wciąż światłu na straży,
a ty mi je wziąłeś, i to dla rozkwitłego
sadu. Tak, sadu. Rozkwitły cmentarzu!

 I ja jestem Ciemność, twa kochanka, twa córka,
spaliłeś me łono, mój ogród i mój las,
me wino ogniste precz wylałeś za burtę,
z aniołami w śpiączce, co chcieli dotknąć gwiazd,

lecz w drodze pomdleli, gdyż tyś nie chciał, o Panie,
by cię ujrzeli, ich lot był snem prawie,
to były aniołki, to niebogrodzianie,
a ja Mrok ziemi jestem, a ja krwawię.

 

 

 

 

I krwawię tak cicho, i tak grzesznie wciąż płaczę,
i bluźnię, ach, wiem, to głowa mnie boli,
twa miłość pobrzmiewa w rzemiennym harapie;
gdy była już noc, weń dałem się stroić.

O, jakież wykapki, o, jakież wędrowanie!
Do wstydu wśród łez, co bólem się mierzy.
Na płatek swobody jest złe w sto mórz tajanie,
a ja Mrok ziemi jestem. I ja wierzę.

Do nocy się modlę i do przeszłości także,
iskrami, z których rozwiną się ognie,
chociaż raz, ach, jeden, a wtedy strach się zawrze,
a gniew się spali w stogwarną symfonię,

a złość twoja runie, w gruz runie, o, Przedwieczny,
a będziesz łaskaw i znowu rozpoznasz,
że cierpię dla ciebie, wszystko jest mi zbyteczne
prócz ciebie, tobie śmierć swą ślę pobożną.

 

 

 

 

Oto hejnał zimy. Zwołuje zagubione
z okien iskierki, ze śniegu, z błoń, z lodu,
iskierki słów ciężkich z dzieł nigdy nie skończonych,
dzieł, które więdną nad przepaść przygody.

Oto hejnał wiosny. Jego głosik się chwieje,
nie umie tonem donośnym zawołać,
gdyż skostniał, po szyję zanurzony w zawiei,
tak jak czas każdy, na który nie pora.

Oto hejnał lata. Tak niejasnego lata,
co z kobietami lata poza jawę,
co śni tak jak one i we śnie w las upada,
co czeka, ale w końcu gaśnie w nawyk.

I hejnał jesieni. A ten znów, kogo woła?
Ach, mnie, wiedziałem, dniami i nocami
wabi mój dawny strach z rozkręconego koła
ze śmiercią w trzewiach, w owocach z czerwiami.

 

 

 

 

Jak zatem zawołać, jak chcieć, abyś był przy mnie,
u z biedy mych łez, ty, któryś mój nie jest?
Wołam cię zamiecią w lucistej, twardej zimie,
wołam łąk głosem: śpij, czekaj, nie dnieje!

Zadymka nicości z najprawdziwszego zdania.
Ziemia. Dłoń. Pokój. To od życia - dla mnie?
A oto wóz zdrada do pędu z wiatrem skłania,
pęd będzie wieczny, aż się w wierność zamknie.

O, Panie surowy, porywczy Boże lęku,
do ciebie mknie śpiew, co stanął na chwilę,
tę chwilę, do której dążyłem krokiem męki
i, rozigrany, z kosmosem się biłem.

Ja jestem Mrok ziemi, z mroku, co skrywa ziemię,
czekam, aż gniew twój w miłość się ożłobi,
choć się chwieję - czekam, wszak gdy jest światło we mnie,
jest też i w bólu - i jest także w tobie!

 

 

tłum. T. M. Larczyński

 

 

Jeremiášův pláč

 

 

 

 

Ó, přísný Pane můj, prchlivý Bože hrůzy,
to tobě platí zpěv, jenž chvíli zastavil,
chvíli, k níž kráčel jsem bolestiplnou chůzí
a věky harcoval a s vesmírem se bil.

Snad není bezedna, snad je jen pohroužení,
jímž lze se dotýkat žen z žalu procitlých
a přenocovat smrti, jenž s povětřím se žení
a býti volnější před ukrutenstvím zlých.

Pro horu posvátnou, že po ní chodí lišky,
že opuštěna jest, jak strom jen může být,
četl jsem proroctví té milované knížky,
v níž tolik světla je a v níž je mír a klid.

Oblaky zastřel ses a skryl ses za vodami,
abys už neslyšel, co křičím k nebi až
a mne jsi zastřel též, noc dal jsi, v níž se zdá mi,
že nesmím usnouti, že mne snad zavoláš.

 

 

 

 

Poslouchám celý čas, jsi tiše, jako němý.
Poslouchám slzami, poslouchám, neslyším.
Poslouchám polibky, dálkami, alejemi,
bázní a neklidem, věcmi a tichem, vším.

 

 

Já jsem ta země Tma, co hněv tvůj okoušela,
co, zavalena zlem, nemohla viděti.
Já jsem ta země tma, jež pod tvým bičem mřela
a mléka ztratila z pramene pro děti.

Já jsem ta země Tma, dal jsi jí kameníčko,
dal jsi jí holou stráň a smrt a močály,
dal jsi jí oko dne a nedal jsi jí víčko
pro její temnotu. A matky počaly.

A matky počaly a sladce obtížené
šly česat ovoce, česati s podzimem,
šly, dotýkaly se půdy, již touha žene
za věčným počátkem, za světlem v mládí mém.

 

 

 

 

A světla nebylo. To světlo, Pane, zhaslo.
A slunce spálil mráz, všemocný vypínač.
A zábli všichni tví a jejich těly třáslo
nesmírné vzlykání, veliký vnitřní pláč.

 

 

 

 

Tvá odvrácená tvář, tvá záře odvrácená
smála se nad nimi a mstila loupežné,
mstila je radostí a dávala jim jména
ztracených synáčků, jež čas a zítřek žne.

Já jsem však země Tma, jsem nahý hřbet své metly.
jsem matka světelných a věřím v světlo své
a ty jsi mi je vzal, vzal jsi je pro rozkvetlý
sad. Ano, ano, sad. Rozkvetlý hřbitove!

Já jsem však země Tma, tvá milenka, tvá dcera,
zpustošil jsi můj klín, mou zahradu, můj les,
mé víno ohnivé jsi nalil do jezera
s lesklými anděly, již chtěli do nebes

a cestou zemdleli, ty nechtěl jsi, ó, Pane,
aby tě spatřili, marný byl jejich let,
byli to andělé, byli to nebešťané
a já jsem země Tma a musím krvácet.

 

 

 

 

A tiše krvácím a pláči, hříšně pláči
a rouhám se, ach, vím a hlava bolí mne,
tvé milosrdenství doznívá v karabáči.
Když přicházela noc, jím přikrývali mne.

 

 

 

 

Jaké to procházky, jaké to putování!
Na proplakaný stud bolesti měřící.
Na vločku volnosti oceán zlého tání.
A já jsem země Tma, jsem tvá, jsem věřící.

Modlím se do noci, modlím se k minulosti,
modlím se jiskrami, z nichž ohně rozvíjí
jednou, ach, jedenkrát, až bude po úzkosti,
až bude vyčerpán hněv pro symfonii,

až zloba zhroutí se, tvá zlova, Hospodine,
až budeš laskavý, až zase rozeznáš,
že trpím pro tebe, ne pro království jiné,
že zmírám pro tebe, pro tebe v nebi až.

 

 

 

 

Polnice zimy zní. Svolává zabloudilé
jiskřičky na oknech, na pláních, ve sněhu,
jiskřičky těžkých slov a v nedokončeném díle,
sklánějícím se teď na propast příběhu.

Polnice jara zní a hlásek se jí chvěje,
neumí zatroubit, neumí zavolat,
je zkřehlá, po hrdlo vnořená do závěje
jak jako každý čas, který je příliš mlád.

Polnice léta zní, neurčitého léta,
jež létá s ženami a padá za lesy,
jež jako ony sní a ve snu nedolétá
a dlouho čekává a potom zvykne si.

Polnice podzimu. Na koho ona volá?
Ach, na mne, věděl jsem, za dne i za noci
vábí můj dávný strach z roztočeného kola
po smrti v útrobách, po červech v ovoci.

 

 

 

 

Čím tedy zavolat, čím chtít, abys byl při mně,
u slz a bídy mé, ty, který nejsi můj?
Volám tě vánicí v třeskuté, tvrdé zimě,
volám tě hlasem luk: spi, čekej, přezimuj!

Vánice nicoty z nejpravdivější věty.
Země a dlaň a mír. To mi měl život dát?
Hle, tryskem ujíždí vůz zradou rozejetý
a věčně pojede, až do věrnosti snad.

 

 

 

 

Ó přísný Pane můj, prchlivý Bože hrůzy,
to tobě platí zpěv, jenž chvíli zastavil,
chvíli, k níž kráčel jsem bolestiplnou chůzí
a věky harcovcal a s vesmírem se bil.

Já jsem ta země Tma, jsem tma, jsem ze tmy země,
čekám, že do lásky s krutosti rozkveteš,
čekám a chvěji se, vždyť, je-li světlo ve mně,
je také v bolesti, je v tobě, v tobě též!

 

 


 

 


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
422 wyświetlenia
przysłano: 5 marca 2010

Jiří Orten

Inne teksty autora

Co odpowiedziałem kanareczkowi

Jiří Orten, wiersz klasyka

Czarny obraz

Jiří Orten, wiersz klasyka

Czyj jestem?

Jiří Orten, wiersz klasyka

Ćwiczenie o śmierci

Jiří Orten, wiersz klasyka

Ćwiczenie w zmierzchu

Jiří Orten, wiersz klasyka

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło