MIESZANKA KRAKOWSKA (wiersz)

Aldona Widłak

Tym razem coś lżejszego. W końcu mamy wakacje.
I

Pewna pani aż z Sądowej
Chorowała na wątrobę
Do lekarza wciąż biegała
Medycynie zaufała
Doktor był tam bardzo młody
Nosił śliczne bokobrody
Dłonie miał nad zwyczaj zgrabne
Miękkie białe delikatne
Nasza pani się leczyła
I codziennie przychodziła
I szeptała do doktora
Taka jestem strasznie chora
Żaden lek się już nie nada
Proszę spojrzeć niech pan bada
O! O! Tutaj czuję dreszcze
Co pan rękę cofa? Jeszcze!
Jaka ta kuracja miła
W tym tkwi medycyny siła
Nagle krzyknie przerażona
W progu jest lekarza żona
Naszej pani do wątroby
Doszedł jeszcze i ból głowy
Bo lekarza żona miła
Parasolem swym ją zbiła

II

Pewna pani z Mikołajskiej
Miała stale myśli rajskie
Słowem dość nie wiele trzeba
By ją żywcem wziąć do nieba

W każdy dzionek po obiedzie
Szła wolniutko do spowiedzi
Cała drżąca i spłoniona
Ze wstydu zarumieniona

Na stopniach konfesjonału
Klękała trwożliwie pomału
I tuląc policzek do kratki
Szeptała wiadome swe sprawki

Pierwsza że rano zaspała
Pomodlić się zapomniała
Druga że kiedyś wieczorem
Zostawiła książeczkę otworem

Płynie grzechów sznureczek
Pani drży jak listeczek
A mówiąc tak myśli sobie
O księdza dość kształtnej osobie

O tym że ręce ma białe
Że mógłby nimi wytrwale
Sunie litania grzechów
Wśród czułych a cichych uśmiechów

Mógłby całować w uszko
Zapomniałam zasłać łóżko
I szeptać mój ty aniele
To było bodajże w niedzielę

Tak słodka wyobraźnia
I grzechów lista pokaźna
Ze sobą współpracują
I dobrze się z tym czują

III

Stara Hanka do Marcelki
Mówi Słuchaj Boże Wielki
Na Floriańskiej pewna pani
Objada się bananami
Gazety piszą zgorszone
Że to jest niedozwolone
W sklepie panie się spotkały
Chwilę z sobą rozmawiały
Jedna drugiej w ucho szepcze
Ćśś! To jest po prostu bajeczne
Sza! Powiadam pani dranie
Te banany są w śmietanie
To po prostu niesłychane
Jak jej banan w gardle stanie?
Patrzy pani sprzedająca
Mina u niej pytająca
Bo nasze miłe damy
Też mają w torbach banany!

IV

Pewna przeurocza panna
Nazywała się Marianna
Jeden miała dziwny zwyczaj
Oto przy świetle księżyca
A szczególniej w środku lata
Lubiła chodzić po dachach
Lunatyzmem lud zowie
Tę niezwykłą chorobę
Lecz rzecz nie wiary godna
Że panienka nadobna
Choćby nie wiem jak spała
Zawsze trafić umiała
W okno od lewej czwarte
Co jest zawsze otwarte
A to dom był takiego
Malarza biednego
Co miał jedną koszulę
A w koszuli tej dziurę
Ale sztukę miłował
Wyspiańskiego szanował
I był pełen natchnienia
Chociaż nie miał jedzenia
Oknem wejść do malarza
Cóż to czasem się zdarza
Nie ma tu co potępiać
Lub się nawet zagłębiać
W związku tego złożoną naturę
I w miłości przedziwną torturę
My się wpatrzmy pomału
W inną stronę medalu
Oto panienki matka
W towarzystwie pradziadka
Oraz kilku sąsiadek
Odbywają naradę
Tydzień już łamią głowy
Jak wyleczyć z choroby
Tą panienkę przemiłą
W końcu coś wymyśliły
Dwie matrony z ulicy Wietora
Mianowicie sprowadzą doktora
Przyszedł lekarz siwiutki
Dobroduszny tłuściutki
Wzdycha bada
Do siebie coś gada
Wtem się klepnął w policzek
Recept wypisał pliczek
I do domu powrócił dorożką
A panienka choć gorzko
Łyka piątą pastylkę
Lecz pomogło to tylko na chwilkę
Po doktora znów biegną
On pacjentkę swą biedną
Skazał teraz na zimne kąpiele
Lecz cóż gdy już w niedzielę
Znów na oknie jest jak nad przepaścią
Więc polecił nacierać ją maścią
Nowy pomysł doktora
Gdy nie chemia to zioła
Lecz niestety nie wyszło nic z tego
Choć miał lekarz opinię dobrego
Na nic plastry i bańki
I syropu trzy szklanki
Na nic akupresura
Na nic akupunktura
I tajemnych wezwanie mocy
Nawet czarna kura o północy
Choć bohatersko skonała
To też nic nie zdziałała
Doktor robi zastrzyki
W domu płacze i krzyki
Lecz rzecz dziwna się stała
Panna chodzić przestała
Malarz w plener wyjechał
Trudno trzeba poczekać
Już ją dachy ni gzymsy nie nęcą
Medycyny tryumfy się święcą
Doktor z postawą męską
Oraz miną zwycięską
Razem sławy zażywa i glorii
Do medycznej przechodząc historii
Wyleczyłem pacjentkę
Mówi niby niechętnie
Udzielając kolejne wywiady
I w Wierzynku spożywa obiady

V

Raz jedna pani z Rogozińskiego
Otwarcie rzekła mam dosyć tego
A mówiła to do męża
Który miał w kieszeni węża
Ona szepcze kup mi futro
Na to on a przejedź się jutro
Do swej ciotki Honoraty
Przywieziesz od niej peruk trzy siaty
Gdy je pozszywasz jedna przy drugiej
Wyjdzie ci futro na łokieć grube
I niech się skryją szynszyle norki
Przed perukami ciotki Honorki
Machnęła żona ręką na futro
Choć trzeba przyznać było jej smutno
I prosi męża głaskając w rękę
Ptysiu kochany kup mi sukienkę
Mąż na nią patrzy znad okularów
Kochana czy my jesteśmy w Wersalu
Masz przecież w szafie sukienki dwie
Na drugą stronę przekładaj je
Przełknęła biedna i tę uwagę
Jeszcze zdobyła się na odwagę
O kup mi szlafrok tak męża prosi
A on zdumiony aż brwi podnosi
Po co ci szlafrok żono kochana
Po co masz chodzić w domu ubrana
I psuć jedwabie i inną frotę
Westchnęła żona lecz zaraz potem
Krzyknie mam tego powyżej uszu
Pełna nagłego animuszu
Wpadła do siebie drzwi zamknęła
Pod boki mocno się ujęła
I z przepaścistej starej szafy
Najgorsze wyciągnęła łachy
Sukienkę po prababci chyba
But z dziurą wielką jak pół wieloryba
Rajtki co były w strzępach całe
Kapelusz stary i za mały
Potem do ciotki pojechała
Wzięła peruki pozszywała
A za torebkę wzięła sobie
Wór w którym koniom dają owies
Kiedy wybiła osiemnasta
Wraca do domu dziwna niewiasta
W progu do męża zwraca się czule
Znalazłeś sposób na moje bóle
Ach jaki piękny stał się świat
Od kiedy słucham twoich rad
Och tylko pospiesz się mój Ksawery
Idziemy dzisiaj do opery
Za dziesięć minut mamy wyjść
Mąż nagle zatrząsł się jak liść
I nagle krzyknął o ja głupi
Co tylko zechcesz to ci kupię
Lecz się na litość boską przebierz
Kochana a może ty nie wiesz
Że w loży obok miejsce zajął
Mój szef Stanisław Królik-Zając
Wiem i dlatego dziś się zdałam
Na wybór twój bo jak słyszałam
Gust miałeś zawsze niebywały
I słusznie efekt doskonały
Na litość boską błagam cię
Kochana moja przebierz się
W co się przebiorę kochanieńki
Wszak nie mam butów ni sukienki
Jutro ci wszystko co chcesz kupię
O mój kochany nawet buty
Och buty wszystkie buty świata
Tylko się przebierz kurna chata
Żona przebrała się prędziutko
Uroczo z gustem i skromniutko
I gdy w operze arii słuchała
Razem z muzyką wciąż myśl w niej grała
U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki
Będę miała futra sukienki bluzeczki

fatalny 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
Marek Dunat
Marek Dunat 19 lipca 2007, 08:13
,,niewiele,, pisze się łącznie . takie babskie plotkowanie z przymrużeniem oka. nie gustuję w takich formach więc poczekam ( by nie być posądzonym o męski szowinizm) na wypowiedź moich Drogich Pań. :)
estel
estel 20 lipca 2007, 17:28
powiem szczerze, że zmęczyłam się czytaniem. miało być lżej na wakacje, ale długością i ilością wątków trochę lekkość zaniedbałaś moim zdaniem. momentami gubisz rytm, rym i dynamikę. jest zabawnie w przeważającej części, ale z czasem robi się nudno.
Joanna M. Cywińska
Joanna M. Cywińska 25 lipca 2007, 00:52
O litości!!! Zamiarem autorki - sądząc po lekkości wierszy było ubawić czytelnika?! Tymczasem wiersze męczą i jeszcze raz męczą!!! O kontrolo autorska!!! ...
647 wyświetleń
przysłano: 18 lipca 2007 (historia)
Aldona Widłak

Aldona Widłak

34
1 artykuł 34 teksty 24 prace 138 komentarzy
Pomocniczka opiekunów w sekcji prozatorskiej przez okres wakacji.

Inne teksty autora

Trzynastego

Aldona Widłak, opowiadanie

2.

Aldona Widłak, opowiadanie

1.

Aldona Widłak, opowiadanie

***

Aldona Widłak, wiersz

Dlaczego nie wolno grać w klasy

Aldona Widłak, opowiadanie

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło