aproksymacja (opowiadanie)

estel

Świat miał ubaw.
Lekarz powiedział: stany lękowe. A czego tu się bać? To raczej zwykłe zaniepokojenia nocne, każdy tak w końcu ma. Jego własne noc w noc wiązały się z właściwym tylko dla niego "byłem". Zdecydowanie rzadziej dotyczyły właściwego tylko dla niego "będę".

Płonie, gaśnie, płonie, gaśnie. A może tak by je wykorzystać, pokonać je ich własnym ostrzem, brzytwą, nożykiem chociażby. I patrzeć, w końcu patrzeć jak krwawią, wiją się bezsilne, biedne, małe, zabiedzone. Wychudzone kotki. Pełno ich pod balkonami, ale nie mogę, nie mogę, tyle ptactwa w domu, jak to tak, nie da rady ich wszystkich zamknąć razem, wyżywić, zadbać. I potem będę taki jak ta wiedźma z dołu, tysiąc pięćset małych futrzaków latało jej po podłodze, meblach, książkach, wszędzie. A czytała, dobre książki tam miała za szkłem, czyściutkie, równo poustawiane. A tam Kafka! Stał równo z innymi na baczność, nawet nie miał się jak w grobie przewrócić, bo go z lewej Mickiewicz, z prawej Świetlicki podtrzymywali to i jak miał upaść. Kafka! Na baczność stał w szeregu, grawitacja go tam z dołu ciągnęła i ciągnęła, szereg, rządek, równowaga, masakra! Rzeź tych małych niewinnych stworzeń, widziałem, jeść im nie dawała. Ki diabeł im kazał się rodzić w parszywej piwnicy, gdzie byle szczur urastał do mordercy. Z szeregów występowali przed północą, nigdy o, dlatego małe dzieci na huśtawkach ich nigdy nie widziały. Kochane mamusie szykowały małe dzieci zawsze na północ, zakładały im czerwone buciki wiązane zawsze na podwójną symetryczną kokardkę. Asymetria wrogiem sukcesu! Małe dziewczynki miały wianki na głowach, mimo, że to nie był pierwszy dzień wiosny i nie szły topić smutków w kieliszku, przecież się nie mieściły, chociaż były małe, malusieńkie. Chłopczykom kochane mamusie wiązały krawacik, równo przy spodniach się kończył, żadnych podtekstów! Mamusie chronią dzieci przed krawatowymi podtekstami, paskudnymi. Dzieci w małpim gaju wisiały na drążkach i czekały, chociaż północ była i po północy i wszyscy już dawno poszli.

Trzynaście pięter pode mną, miasto świeciło neonami, ja byłem na szczycie płonącej zapałki, drzewa podczas wichur gną się i gną i łamią. Jak zapałki. Oni wszyscy krzyczeli: "skacz, skacz" potem brzmiało to już tylko jak kacz-s-kacz-s-kacz, ssss samo nikło, stado kaczek, kaczątek, brzydkich, szarych i tylko niektórym piórka błyskały. Ale to nie piórka były, to flesze aparatów, Samsungi, Minolty, Nikony, wszystko jedno, wszystko na to samo zniszczenie. W tym samym bagnie siedziały, na drugiej półkuli łabędzie, ale to prawa strona jaśniała, to świetlików zasługa chyba. Latają i świecą. Płoną i gasną.

Kochane mamusie wychylały się z okien, która nie miała balkonu na stronę podwórka, podwórko z kolorowymi huśtawkami stało się podwórzem, małym kochanym dzieciom wyrosły szare synogarlicze pióra, dobre kołdry można zrobić, na Roosevelta przerabiają dzieci na puch. Czerwonymi kokardkami można związać wszystkie róże, co to je młodzi chłopcy w białych skarpetkach sukom swoim kupują nocą.

A byłem tam! Śnieg skrzypiał mi pod nogami, katedra pięła się swoim nieskończonym szpikulcem w górę (piąć się będzie zawsze, secula secularum amen), tam świadomość mi przyszła, ekstaza, jakby mnie ktoś chciał wyrzeźbić to sztuka lepsza od Stworzenia!

Wytknąłem palec wskazujący, nie środkowy bo nie wypada, wskazałem na coś, wiedziałem - to wartość miało ponadczasową, ponadstanową, zagraniczną. Ale kochane mamusie mi tylko z okien pogroziły, poobrażały się, już nie będą do mnie mówić. Znowu zostałem sam a śnieg po swojemu skrzypiał pod butami, co miał nie skrzypieć, święte prawo jego. Pomniki mi nie odmachiwały jak machałem, niewychowane, innym machały, inni byli o tym święcie przekonani, że machały. Dzień Święty święcić! Końcówki dnia są zawsze złe, nawet jak rano myślałem, że to będzie dobry dzień. Wieczorem zawsze padało mi na głowę, włosy mi skręcało, tylko uroczym dziewczętom było ładnie w mokrych kołtunkach do twarzy czy biustu poprzywieranych. A ja brzydki, uciec gdzie nie miałem, tylko śmierć mi w oczy zaglądała, a że kocie oczy miała i rudy nos, to patrzyłem. I nawet zabrać mnie nie chciała, bo atak śmiechu mnie naszedł, bo gdy kacz-kacz krzyczeli to już się skoczyć nie dało. Więc odfrunęła w siną dal, tam ktoś machał z daleka.

Atutem jej nogi były niewątpliwe, nogi miała do samej ziemi. Wszystkie te koty jej się po nogach wspinały (bez krawatowych podtekstów) gdy stała nad Stołem i Mnie malowała. Koty zostawiały kocim zwyczajem zadrapania na nogach, ale nogi na wartości nie traciły. W cenie były tak samo, czasem bardziej, zależy czy lubiłem kocie szramy na udach. Ona się śmiała perliście, ale dolarów wypluwać nie chciała, dolary jej stawały w przełyku, tchawicę wykręcały, słowa cofały się do żołądka, pewnie dlatego mówić nie mogła. A gdzie ja mogłem być jej płucami, taki usłużny nie byłem, oddychać sobą nie dałem, to poszła. I nie będzie. A ja będę, bo potrafię, chociaż mamusie się na mnie poobrażały jak im pozę z wytkniętym palcem zaprezentowałem. Potem szeptały po kątach, kotom szeptały, bo mężowie wiernie szli róże czerwonymi kokardkami oplecione kupować. Szeptały, że artyści głosu nie mają, że plugawymi podstępami anarchię szerzą, że rebelia będzie, Rewolucja! Że zbierają się jakoś, że podziemie, że coś się szykuje, ale nic nie wiadomo, bo dzieci to puch marny już, mamusie nie wyjdą przecież w środku nocy, bo to podejrzenia niepotrzebne wzbudzić by mogło, a komu to w dzisiejszych czasach na rękę.

A źle się działo mi, nawet jak ktoś spał koło mnie to jakbym sam był w megaprzestrzeni gigantycznej i otaczała mnie wiedźma z dołu, jej tysiąc pięćset par kocich oczu, śmierci małych przemykających pod ścianami, chichoczących dziewczynek i dziewcząt uroczych i ich chłopców w białych skarpetkach z różami w zębach, a oni mi mówią: dzieciak jesteś, zarostu nie masz. A włosy długie mokre miałem i wiek miałem w sam raz na życie. I tłukły mnie gąbczastymi wałkami wszystkie stworzenia świata i szczękościskami ironicznymi do szału doprowadzały. I puch wielobarwny mnie zasypywał stopniowo odcieniami kolorów oczu wszystkich kobiet, którym dane było się przy mnie budzić. I leżałem zawsze zlany zimnym potem, chociaż temperatura w pokoju zmuszała czujniki do polewania mi głowy wodą, od której skręcały mi się włosy.


fatalny 1 głos
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
sick
sick 29 czerwca 2007, 11:05
Miejscami niepokojący, zaskakujący.
Ja jednak zawsze będę krzyczał o sens..
Widzę, że postmodernistyczne fascynacje w rozkwicie..
Żeby to się tylko w końcu nie stało sztampowe, bo się wtedy wam głupio zrobi.
pozdrawiam
estel
estel 29 czerwca 2007, 11:38
:)) nie ma sensu?
"śnieg sypał i - jak w zaspie - rósł strach, płaski, bez nadziei, niewysoki lęk przed szczęściem, który aż wzrusza zenit"
a może i nie ma. :)
Dżanka
Dżanka 2 lipca 2007, 14:22
Jest jakieś przesłanie tego tekstu?????????
estel
estel 2 lipca 2007, 14:37
Jest. Pij mleko będziesz wielki.
A Taki Żart Nie Inny 7 lipca 2007, 11:37
każdy szuka własnego sensu podany na talerzu ograniczał by obszar myslowy ukierunkowując nasz sposób rozumienia
765 wyświetleń
przysłano: 21 czerwca 2007 (historia)
estel

Ewelina Dybowska estel premium

32 stąd
43 artykuły 34 teksty 3829 komentarzy
Była opiekunka sekcji poetyckiej. Na pozór spokojna i wrażliwa dziewczyna, kryje jednak w głębi duszy radykalne poglądy i gdy ktoś zajdzie jej za skórę potrafi nieźle dopiec. Nieraz zasłynęła z ciętego języka. Postrach nastoletnich poetek.…
Zasłużeni dla serwisu

Inne teksty autora

Powiedzmy sobie szczerze

estel, opowiadanie

Linia brzegowa

estel, wiersz

Markosz

estel, wiersz

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło