Literatura

Językowy puc (dramat)

Marek Jastrząb

 

Język twórczy (a nie – odtwórczy) różni się od języka używanego w literackiej księgowości tym, że powinien być krwisty i soczysty. Wolny i rozczochrany, bo sztywne i apodyktyczne trzymanie się zasad, reguł wypracowanych i niezmiennych, jest ograniczeniem twórczość. Barierą, hamulcem i ograniczeniem wypowiedzi W tym miejscu najlepiej posłużyć się przykładami zaczerpniętymi z dzieł „klasyków”. Orwell w „Folwarku zwierzęcym” użył sformułowania „kury skrzeczące z przerażenia”. Mickiewicz: „zakasać pięści”. Gombrowicz: „twarz wykrzywiona brakiem uśmiechu”.
 
Zjawisko stylistycznej rozpoznawalności piszącego przyrównać można do głosu aktora: nie sposób pomylić Gustawa Holoubka z Andrzejem Szczepkowskim, Seweryna z Lindą, Dzwonkowskiego z Michnikowskim, Eichlerówny z Jandą. W głosie aktora zawiera się dusza wypowiadanego tekstu, charakterystyczna intonacja i specyficzne wybijanie sensu utworu poprzez umiejętne rozłożenie akcentów.
 
Czy pisarze ci popełnili błędy? Z punktu widzenia językowego purysty – tak; od razu napiętnuje tego rodzaju stylistyczną woltyżerkę dowodząc, że kury nie skrzeczą, a pięści zakasać nie można. I poprawiacz taki miałby rację. Tyle że gdyby nie podobne wygibasy słowotwórcze, nasz sposób wyrażania myśli byłby od czasów Reja wciąż ten sam.
 
Prawdopodobnie byle purysta szczycący się brakiem wiedzy zarzuciłby mi nieumiejętność posługiwania się ojczystą mową i prawdopodobnie miałby rację, gdyby nie fakt, iż gdyby wszyscy pisali poprawnie i nie tolerowało by się żadnych odstępstw, nasz język byłby cięgiem taki sam. Otóż w tym rzecz! W czasach mistrza Reja był to szczyt stylistycznego wierzchołka, ale już w późniejszych, jego słownictwo było nie do zaakceptowania. Albowiem ponieważ bez encyklopedii słów przedawnionych, nie ma co startować do zrozumienia poszczególnych sformułowań tego hymnu.
 
W następnych stuleciach nasz język powiosłował w stronę wiecznego rozwoju i od początku istnienia naszej mowy znajduje się w stanie agresywnej fermentacji; rozszerza się jak wszechświat. Gdyż to nie tak, że słowa nieużywane teraz, przepadają w czeluściach zapomnienia. Są wciąż. Żyją w dalszym ciągu, tyle że nie stosuje się ich, bo nie pasują do współczesności. A nie pasują, gdyż przy obecnym ułatwieniu pojęć, metafory, przenośnie i stylistyczne prestidigitatorstwo, zostały zastąpione skrótami, obrazkami, e motkami; zamiast silić się na opisanie swoich uczuć, posłuszny modzie autor, idąc z jej nurtem, z podręcznego zestawu etykietek wybiera ponurą, bądź uśmiechniętą czy zapłakaną mordkę i w ten oto wygodny sposób ma z głowy trudne odmalowanie emocji. Dzięki tej protezie odfajkował ciężką robotę odzwierciedlania nastroju i może poświęcić się samozadowoleniu z faktu, że umie pisać.
 
Nim z powrotem zadomowimy się na drzewach, czeka nas kolejna inwazja postępu. Oto człowieka piszącego, już niebawem wychrzani do lamusa samoczynny stworek obdarzony mechaniczną inteligencją. Obecne redakcje gazet, wydawnictwa, biblioteki, czytelnie i księgarnie z prawdziwymi książkami odejdą w intelektualne niebyty. Pisarze, recenzenci czy publicyści, zasilą szeregi bezrobotnych, a na ich miejsce wtarabani się ze wszech miar sympatyczny robot.
                                                                                         *
Jakże zrozumiale brzmi wyznanie Gombrowicza, że nie chce być pisarzem bezbłędnie akuratnym, pozbawionym wszystkich językowych odstępstw od norm, a nie chce, ponieważ ich gorliwe i rygorystyczne przestrzeganie prowadzi do „wykastrowania z indywidualności”.
                                                                                      *
Słowo, to barometr epoki. Znak triumfu i rozwoju myśli lub jego przeciwieństwo. Słowa są nie po to, by gęba miała zajęcie. Mają służyć nie tylko do ciurkania elokwencji, ale i do odzwierciedlania tego, co się ma zamiar powiedzieć Jednakże między powiedzieć, a powiedzieć, rozpościera się otchłań różnic. Można coś tam wyrazić nie uzyskawszy żadnego oddźwięku. Dzieje się tak, gdy język jest martwy, sparciały, mało elastyczny, nie zmusza do przetwarzania skojarzeń, zadowala się stwierdzeniem gołego faktu, nie rodzi konkluzji, a człowiek, po przewentylowaniu takiej myśli, nie chce zgłębiać, co te znaczenia skrywają pod podszewką.
 
Lecz są słowa, przeciwne do tamtych: ruchome i rozhuśtane. Kiedy w zdaniu znajdziemy takich kilka znaczeń, nawet pozornie sprzecznych ze sobą, nawet rządzących się nieufigowanymi prawami, to nagle się okazuje, że zdanie z nich zbudowane, zawiera w sobie nowe barwy i nieprzewidywalne sensy, że tym samym są bogatsze, różnorodniejsze, ciekawsze, że są istotne, ponieważ sprawiają, że zwykła myśl, uszarpana własną miernotą, truistyczna i „jednowymiarowa”, dzięki owym zbitkom lub skojarzeniom, zaczyna wyłazić na powierzchnię zdania w zupełnie nowej szacie, owocuje prawdami, których nie podejrzewalibyśmy na wstępie. Mówiąc krótko: niektóre są martwe, bo pojedyncze, a inne, składane są jak teleskop.
 
Gdy używamy pierwszych, jesteśmy szablonowi i kołczejemy z poprawności. Lecz jeśli posłużymy się słowem teleskopowym, znajdziemy się wśród barw, które nie są przedawnione, zastarzałe i passe, a nasza wyobraźnia uwolni się od stereotypów, przeniesie nas do krain zbudowanych z nowych zafrapowań, nowych pytań i nowych odpowiedzi. Odsłoni przed nami las, rozarium, a nie tylko zwyrodniałe skupisko patyków.
 
                                                                                        *
Literatura za bardzo wzięła sobie do serca fakt, że mówi się o niej „piękna”. Zanadto, gdyż powinna dysponować spoconym kałdunem wystającym z niedopiętej koszuli. W moim pojmowaniu winna nie mieć wspólnych mianowników ze stylistycznym betonem: ma być prosta, lecz nie prostacka. Pachnieć rzeczywistością, a nie nosić kagańca i przepuklinowego pasa.
 
Niektórzy literaci zawzięli się używać słów udeptanych przez tradycję, podczas gdy stosowane przez nich, nie powinny dzielić się na wyrazy dopuszczalne i zakazane, gdyż jest to podział sztuczny i nieuprawniony. Pierwsze to te z bramy frontowej: poprawnościowe. Drugie, to te, które chyłkiem przemykają się pod schodami.Słów potocznych, żywych i obrazowych, używa się szczyptę, podczas gdy kolokwialnych, trafnych, lecz pomijanych, słów chadzających za potrzebą, samopas i na bosaka, z tłuszczykiem i przy kości, neologizmów przemielonych przez uliczny zgiełk, słów zamieszkałych w zwyczajności, brak: nie mogą dopchać się do należnej im nobilitacji.
                                                                                     *
To dzięki innemu podejściu do rzeczywistości, nie możemy pogodzić się ze światem, który przestał być nasz, znany, bezpieczny i za którym się tęskni. Ten, co jest teraz, jest obcy, niezrozumiały, oburzający, a dla niektórych – wrogi. Lecz, jak świat światem, generacje zasiedziałe w życiu broniły się przed naporem nowoczesności. Wystarczy przypomnieć sobie bezskuteczne boje Koźmiana z Mickiewiczem. Albo utyskiwania na upadek obyczajów. Były od zawsze. Trwają do teraz, a będą trwały po kres. I tego żadna siła nie zmieni.
 
​Sądzę, że dzisiejsze zasady jutro będą uznawane za błędy. Podobnie jak wczorajsze, są nie do przyjęcia – teraz. Mówię o modzie na obowiązujące wyrażanie myśli. Język, styl, gust - nie są to rzeczy zastygłe. Podlegają nieustannym modyfikacjom w trakcie procesu naszych przeobrażeń. Są kształtowane przez zmiany zachodzące w naszej psychice.
 
 
 

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 31 stycznia 2023 (historia)

Inne teksty autora

KRES
Marek Jastrząb
Kuzynka
Marek Jastrząb
Dwaj bracia
Marek Jastrząb
Bajka o królu Srulu
Marek Jastrząb
COME BACK
Marek Jastrząb
Kołatka
Marek Jastrząb
Puszka
Marek Jastrząb
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca