Literatura

Legenda o głodzie (wiersz klasyka)

Jan Kasprowicz

 

 

I
 
Lat temu będzie może sto, a może
Nawet i więcej, gdy na nasze sioła
Przyszedł czas głodu... Tu, gdzie dzisiaj zboże
Pod czerwcowego wiatru tchy ciepłymi
Tak się — patrzajcie! — kołysze dokoła,
Tu była ziemia spalona i goła:
Krzak ostu wiądł gdzieniegdzie w tej pustce
olbrzymiej.
 
II
 
Na ustach ludu czas ten nieszczęśliwy
Żyje dotychczas żywotem upioru:
Starcy, co bujne postradali grzywy
W przeboju z losem, co duszę niezłomną
Mieli na burze na kształt dębów z boru,
Tak jak od wojny z Krzyżakiem lub moru
Żegnają się, jeżeli o tym czasie wspomną.
 
III
 
Bo jakżeż nie drżeć, gdy wszystko, co człowiek
Zdobył, pracując w krwawym czoła pocie,
Naraz, jak gdyby za mrugnięciem powiek,
Poszło na marne: wszak z bydła i koni —
A przecież wiecie, że chłopskie to krocie —
Nic nie zostało! Nic! W słonecznym złocie
Bieliły się ich kości pośród spiekłej błoni.
IV
 
A kiedy całą wybito chudobę,
Czym odpędzali ludzie głodu zmorę,
Gdy, czarną wlokąc swym śladem żałobę,
Stawała przy nich z wyostrzoną kosą ?
Na żarnach zmełłszy korzonki i korę,
Piekli na słońcu w tę gorącą porę
Specyjał, posolony łez obfitą rosą.
 
V
 
Lecz owych biesiad takie były skutki,
Że coraz głębiej zapadały oczy,
W aksamitowe strojąc się obwódki,
Że skóra zżółkła przyschnęła do kości,
A kości słabły, jak pnie, gdy je toczy
Czerw utajony, że człowiek, ochoczy
Do życia, widział w życiu wroga bez litości.
 
VI
 
Matki, nie wiedząc, gdzie by kromkę chleba
Znaleźć dla głodnych, zapłakanych dzieci,
Próżno śród łkania wznosiły do nieba
Oczy, krwią zaszłe: ochrypły, rozdarty
Głos ich po łanach wysuszonych leci,
Jak wyrzut słońcu, że nad nimi świeci,
Zabójczy sypiąc ogień z swej niebieskiej warty.
 
VII
 
Z nie wybielonych lepianek, spod strzechy
Nie połatanej - zabrakło i słomy -
Ludzie szli w pole, azali pociechy
Dzień nie przyniesie im nowy, azali
Dla tych łaknących jednej, lichej kromy
Nie zakiełkuje spod ziemi widomy,
Radosny znak, że sprzętów nie darmo czekali.
 
VIII
 
Ale na próżno! Każdy ranek świeży,
Gdy swe rumieńce po niebie rozleje,
O piersi bolem wzmocnionym uderzy;
W kropelce deszczu, w tej dżdżu odrobinie,
Którą od morza chłodny wiatr przywieje,
Mieszczą się wszystkie a wszystkie nadzieje,
Lecz chmurki ani śladu, oko w żarach ginie.
 
IX
 
I tak się działo, że ludzie się kładą
Na miedzach pól swych, złamani rozpaczą,
Albo się wloką jęczącą gromadą
Z procesyjami, na rozstajne drogi,
Pod czarne krzyże, by pieśnią prostaczą,
A przejmującą, że lica się znaczą
Smugami łez, wyżebrać przyjście łaski błogiej.
 
X
 
I raz niejeden ten i ów z nędzarzy,
Na wznak upadłszy u stóp Męki Bożej,
Ku niebu żywej nie podniesie twarzy:
Skończył, bo wszakże przez całe tygodnie
Krzepiącej strawy do ust swych nie włoży:
Klęska posuchy od dżumy niegorzej
Waliła o ziem ludzi jak spróchniałe kłodnie.
XI
 
W takim to czasie smutku i niedoli,
Która trwać miała snadź po wszystkie wieki,
Gdy się zdawało, że już nie wyzwoli
Świat się z jej szponów, zaczęli się wieszcze
Jawiać po siołach, różne święte leki
Zalecający na zgładzenie spieki,
Go przyszła niby pomór, lub straszniejsza jeszcze.
 
XII
 
Wyżółkli z nędzy, przygarbieni trudem,
Z okiem świecącym jak oczy proroków,
Z plamami ognia na obliczu chudem
Szli między naród, wzywając pokuty,
Która by karą była grzesznych kroków,
Grzechy to bowiem zamknęły potoków
Niebieskich szczodre śluzy w tej godzinie lutej.
 
XIII
 
Tak nauczali... A zasię w ich gronie
Był jeden starzec, jak gdyby z zaświata
Zesłan na ziemię  taki żar mu płonie
W głębiach źrenicznych. On to z ogniem w głosie
Rzecze do ludu: „Straszliwa to strata,
Lecz tylko dym cię wybawi, co wzlata
Z ofiary ludzkich kości, spalonych na stosie..."
 
XIV
 
Obłok, rodzący deszcze tak powiada
W niesamowitej, zabobonnej wierze
Rodzi się z dymu, a jeśli zagłada
ynie z zbytecznych błękitów, więc taka
Jest ci ustawa niebieska, by szczerze
Dym jej najdroższy poświęcić w ofierze:
Ofiara ta ofiarą zwie się Izaaka...
 
XV
 
Wobec niej — mówi wszystko będzie na nic,
Modły ci żadnej nie dadzą otuchy!
Juścić, że łaska Boga nie zna granic,
Jego nazwisko wszak to litość sama!
Lecz, by odpędzić tę klęskę posuchy,
Na to On będzie dziś i jutro głuchy,
Przebłagać Go li może płomię Abrahama...
 
XVI
 
Na nic, choć piątki suszyłbyś i świątki,
Nosił szkaplerze, pocierane w Rzymie
O męczenników cudotwórcze szczątki,
Choćbyś na puszczę, jak święty Antoni,
Poszedł daleką, albo zyskał imię
Tego Szymona, co w upał i w zimie
Na słupie stał, to na nic! To cię nie obroni!
 
XVII
 
Choćbyś, jak grzesznik dla obmycia zmazy
Swej biednej duszy, gdy ją na bezdroże
Zepchnie pokusa, tyle płakał razy,
A tak obficie, aż z twych łez urośnie
Jezioro, większe niźli wielkie morze,
Przez które ongi dźwigał Dziecię boże
Oferus, jak na trzcinie, oparty na sośnie
XVIII
 
Choćbyś się zawlókł do Chrystusa grobu,
Klęcząc, a droga byłaby wysłana
Cierniem tak gęsto, że nie ma sposobu,
Jakby uchronić, na setną godziny
Cząstkę, odarte ze skóry kolana,
Choćbyś, jęknąwszy, gdy zaboli rana,
Za każdy jęk po stokroć użył dyscypliny
 
XIX
 
Choćbyś z swych dobrych uczynków, z strzelistych
Cnót i afektów taką wzniósł wieżycę,
by do niebios sięgła promienistych,
Gdzie, na tajemnic spoglądając dziwy,
Trójca swą wielką spełnia Tajemnicę   
Na nic to wszystko, jeżeli twe lice
Nie spłonie przy dziecięcia ofierze skwapliwej!"
 
XX
 
Po zrozpaczonym ludzie poszła trwoga:
Plewąśmy lichą w tym świata omłocie,
Ucieczką naszą jest li łaska Boga,
Ale gdzież znajdzie się człowiek gotowy
Oddać bogactwo, droższe ponad krocie
Własne swe dziecko ? Któż biednej istocie
Rozkaże twej okrutnej wysłuchać namowy?
 
XXI
 
Nie bądź jastrzębiem, który na to krąży,
Jak by zadławić latające ptaszę!
Nie żądaj tego! Jak konie w uprząży,
Myśmy chodzili według bożej woli
I między nami czyż byli Judasze ?
Lecz na ten ciężar zbyt słabe są nasze
Ramiona! Ta ofiara nad siły nas boli!"
 
XXII
 
Ale ów starzec, z prostego człowieka
Wyrósłszy nagle w postać apostoła,
Którego słowo w moc się przyobleka
Cuda rodzącą, od razu do ludzi
Jakby nie własnym językiem zawoła:
Wiem, że się znajdzie ktoś z naszego sioła,
W którego sercu żądza ofiary się zbudzi!
 
XXIII
 
Bo jak krwi Pańskiej i ciała sakrament,
Ustanowiony na ludzkie zbawienie,
Nie mieszka tylko wśród katedr, gdzie zamęt
umu bezmierny od wieków się tłoczy,
Od pokolenia płynąc w pokolenie,
Albowiem żądza żarliwa nim żenie,
By blaski tych przybytków olśniły mu oczy -
 
XXIV
 
Jako ów Łaski sakrament przeczysty
Jest i w kościółkach, posklecanych z drzewa
Niewprawną ręką wiejskiego artysty,
W cieniu lip starych, dębów i jaworów,
Gdzie się jęk ludu z rannym hymnem zlewa,
Który na chwałę bożą ptaszę  śpiewa,
I z szumem, co z pobliskich przekrada się borów:
XXV
 
Tak duch ofiary, to w światów ogromie
Ziarno ukryte, z którego się rodzi
Wszelakie dobro, nieraz zbyt widomie
Nie mieszka tylko śród możnych w zaszczyty
I lśniące złoto, lecz pod strzechy schodzi
I z izb wzgardzonych prostaków wywodzi
Huf mężnych, pułk zdobywców twierdzy niezdobytej.
 
XXVI
 
Wiem, że się znajdzie dziecię między wami,
Którego wątłe ma podźwignąć ramię
Wasze zbawienie... Już ja je oczami
Widzę  żądnymi... Tam ci ono stoi
Jeszcze wylękłe, ale już ma znamię
Święte na czole... już idzie nie kłamię!...
Już staje u ofiarnych, męczeńskich podwoi!"
 
XXVII
 
Zaledwie skończył te słowa, gdy z rzeszy
Blade się chłopię wysunie i rzecze:
Na śmierć męczeńską wielce mi się spieszy;
Niechaj mnie płomień ognisty ogarnie,
Jeżeli przez to Bóg ma w swoją pieczę
Wziąć litościwą nasz łany iżby człecze
Zachody nie ginęły w tej suszy tak marnie!"
 
XXVIII
 
I wyda rozkaz gromki, tak niezwykły
Na ustach dziecka, iżby w tym momencie
Stos ułożono. Matki się rozkrzykły
W rozdzierający serca ból, z dopustu
Zrodzon bożego na straszne poczęcie,.
Straszliwej pracy: ujrzały, jak święcie
Dziecina sama niosła wielką naręcz chrustu...
 
XXIX
 
I ułożono stos i onoć chłopię
Stanęło na nim, podniósłszy do nieba
Błękitne oczy: na niebieskim stropie
Gorzało słońce, czekając u góry,
By ktoś podpalił ten zadatek chleba.
Nie miał odwagi nikt, więc, jak potrzeba,
Płonącą rzucił głownię  ów starzec ponury.
 
XXX
 
Lecz kiedy pierwszy kłąb dymu od ziemi
Strzelił w niebiosy, zanim ogień jeszcze
Zdołał ramiony objąć płomiennemi
Beztrwożne dziecię, stał się cud: od razu
Zebrał się obłok i ulewne deszcze
Na ołtarzysko upadły złowieszcze,
Ofiarę ocalając z bożego rozkazu...
 
XXXI
 
Zazieleniły się pola; dobytek
Na długie znowu miał zakwitnąć lata;
Z dziecka wnet wyrósł mąż, przejęty wszytek
Cudem dni owych - i, jak prorok, wstanie
I pójdzie wieścić na okraje świata
Siłę ofiary, jako że bogata
Jest w kłos dojrzewający na zwilżonym łanie.

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować i oceniać teksty
Zaloguj się Nie masz konta?   Zarejestruj się
przysłano: 5 marca 2010

Jan Kasprowicz

Inne teksty autora

Cisza wieczorna
Jan Kasprowicz
Przy wigilijnym stole
Jan Kasprowicz
Bajka o dżumie
Jan Kasprowicz
Bieda z Nędzą
Jan Kasprowicz
Czarnoksiężnik i uczeń
Jan Kasprowicz
Morskie Oko
Jan Kasprowicz
więcej tekstów »

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca