Pamięci Franka Willsa.
Było już zupełnie cicho.
Tylko sprzątaczki szperające po korytarzach
mogły sugerować oznaki życia.
Zięby zamilkły ze strachu przed polityką.
Rodzice spali, myśląc o wakacjach w Turynie,
gdzie dzieci będą pożerać pizzę neapolitańską.
Nie wiemy, czy ktoś spostrzegł tam włamywaczy.
Nie wiemy, czy w ogóle rozpoznawano Kubańczyków.
Pięciu mężczyzn. Hiszpańskie słówka szeleściły im
jak latynoskie zjawy pogryzione przez osy.
„¡El presidente es el salvador de las naciones!”
„Fidel Castro debería ser ahogado en el Atlántico.”
Przesuwali pieniądze opuszkami i szli w stronę gmachu.
Dorżnięto aloes stojący w oknie,
a roztocza spadały ze ścian w uszach ochroniarza.
Ochroniarz. Jego nazwisko nie jest tu istotne,
choć zapewne nie mógł się on nadziwić
smokingiem wypchanym wytrychami.
O pierwszej w nocy mało kto się tak wystraja.
Rękawiczek chirurgicznych używa się prędzej w szpitalach,
a nie eskapadach po partyjnym biurze.
Spostrzegł on kawałek taśmy przyklejony do drzwi.
To nie było normalne. Odkleił i wrócił drzemać.
Za ścianą hotelu nie spali tylko nieliczni.
Zapewne niejedna mamuśka przewracała się w łóżku,
fantazjując o zaroście Ringo Starra.
Prezydent chrapał przy żonie w Białym Domu,
wiceprezydent tak samo, sekretarz stanu tak samo.
Ale po chwili spostrzegł taśmę po raz drugi!
Za drzwiami zamontowano już mikroskopijne
mikrofony uwieczniające oddech papieru.
Ochroniarz nie myślał o sobie jak o postaci historycznej.
To nie on zmiażdżył Hannibala pod Zamą,
nie on wyzwolił Orlean jako siedemnastolatek.
A jednak to, co zrobił, uczyniło go postacią historyczną —
cichą, zakurzoną, nieoczekującą atencji.
Zadzwonił skonsternowany na policję
głosem, który załamał mu się ze stresu.
Usłyszał jeszcze za ścianą
pytanie, co zrobić z Barbrą Streisand,
jakby nie mieli poważniejszych wrogów.
Jazgot syren dopadł go wraz z kolegami.
Pot perlił im się na powiekach i podbródkach.
Skonfiskowano im wachlarze dolarów
i zmuszono do pozowania z więziennymi tabliczkami.
A jednak ktoś, kto przebudziłby się następnego dnia,
nie wiedziałby, że coś w ogóle się wydarzyło.
Trawa jak zawsze stała na swoim miejscu.
Pogodynki recytowały znudzone w radiu,
że ulewa nawiedzi Arkansas i Oregon.
Należało myśleć raczej o lipcowym świętowaniu
i pijackich rajdach przez Route 66,
a nie o kubańskich słoniach w składzie porcelany.
Pióro i młot wciąż spadały w tej samej sekundzie;
bo Historia nie jest wyłącznie panteonem cesarzy
zmęczonych, osowiałych, rozwścieczonych schnięciem farby.
— 18 VI 2026r.